poniedziałek, 26 października 2015

Powrót córek marnotrawnych

Właściwie pewnie same obrotem spraw jesteśmy zaskoczone, ale jak to w tytule widnieje: wracamy, bo jak widać nas tak łatwo pozbyć się nie można. Pewnie będziemy potrzebowały nieco czasu na odświeżenie bloga, ale wrócimy niebawem!
 
Mrs.Cross
CM Pattzy

czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział 2 "Na krawędzi"

Ciągle słyszałam to samo. Szkarada. Potwór. Monstrum. Nikt nie umiał ze mną normalnie porozmawiać. Nie widziano we mnie dawnej dziewczyny, którą nadal byłam. Bałam się tego dnia, jak widać nie myliłam się. Nie byłam już akceptowana i nikt nie chciał się ze mną zadawać, bo byłam inna od nich. Zostałam sama ze swoimi problemami, a moi znajomi okazali się fałszywi, bo gdy tylko straciłam, to co było powierzchowne… Zachowywali się tak, jakby mnie nie znali.
– Hej, potworku! – krzyknął ktoś, a potem rzucił we mnie pustą butelką.

***

Obudziła się gwałtownie, siadając na łóżku. Jej ciało pokrywała cienka warstwa potu. Bardzo rzadko przesypiała całą noc, zazwyczaj męczyły ją koszmary, jak ten. Nie mogła się ich pozbyć i zawsze budziła się przerażona. Godzina na elektronicznym zegarku wskazywała 3:43. Te kilka godzin snu nie wystarczyło, ale bała się ponownie zasnąć. Nie chciała, aby koszmar powrócił. A wiedziała, że gdy tylko zamknie oczy, tak właśnie będzie. To było jej rutyną.
Wiedziała, że już nigdy nie odzyska wiary w siebie, którą miała... Zanim wszystko uległo zmianie. Nigdy nie będzie mogła cieszyć się życiem. Nic już nie będzie, tak jak kiedyś. Wiele razy snuła takie myśli, najczęściej w nieprzespane noce, gdy stroniła od koszmarów sennych. Mary szukały odpowiedniego miejsca w jej podświadomości, gdzie mogły się zatrzymać i przywoływać złe wspomnienia. Nie było jej dane odpocząć od tego całego bagna, nawet nocą.
Wstała i podeszła do okna. Usłyszała ciche skamlenie swojego pupila. Kucnęła i pogłaskała go za uchem, a on polizał jej nadgarstek. Zaśmiała się i wyjrzała na zewnątrz. W domu obok paliło się światło. Czyżby mój sąsiad też miał problemy ze snem? – pomyślała. Usiadła na parapecie i westchnęła ciężko, opierając się głową o chłodną szybę. Było jej zimno, ale nie chciało jej się wstać i wrócić po koc, więc skuliła się i objęła ramionami.
– Czy tak już będzie zawsze, Chapsiu? – zapytała swojego psa. – Będę tutaj siedzieć, zamknięta w tych czterech ścianach i rozmawiać z tobą? Nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Czuję, że zaczynam powoli wariować, wiesz?
Albo już zwariowałam – dodała w myślach. Bo kto o zdrowych zmysłach wyżalał się ciągle swojemu psu? Raczej nikt. Więc istniało duże prawdopodobieństwo, że mogliby ją zamknąć w szpitalu psychiatrycznym.
Znowu usłyszała skamlenie Chapsa i pies zaczął drapać w drzwi. Westchnęła cicho i zeszła z parapetu. Ubrała bluzę i wyszła z psem do ogrodu. Zapaliła lampkę przy tarasie. Raczej nikomu nie powinno to przeszkadzać, tym bardziej, że światło było naprawdę słabe. Inaczej przeszkadzałoby jej samej. Usiadła na schodku i uśmiechnęła się, gdy Chaps do niej podbiegł z gumową kością.
– Nie, kochany – zaśmiała się, kręcąc głową – nie będziemy się teraz bawić. Zaraz wracamy do domu, bo jest zimno. – Podrapała go za uchem, a on szczeknął. Złapała go z uśmiechem za pyszczek i pocałowała. 
– Cicho, Chapsiu – poprosiła cicho. Wiedziała, że jej pies jest mądry i zrozumie o co jej chodzi. Usiadł przed nią i położył łapę na jej kolanie.
Uśmiechnęła się smutno i głaskała przyjaciela po pysku. Jej uwagę odwrócił jakiś ruch, więc odwróciła głowę w tamtą stronę. Zauważyła swojego sąsiada, którego do tej pory widywała tylko przez okno w swoim pokoju. U niego na tarasie także świeciło się światło, dlatego mogła zauważyć, że stoi w samych spodniach dresowych. Jednak szybko musiała odwrócić wzrok, ponieważ światło było zbyt mocne i drażniło jej oczy.
Nie miała pojęcia, czy sąsiad wiedział o jej istnieniu. Zapewne nie, no bo skąd miałby mieć taką wiedzę? Przecież nikt nie miał prawa mieć tej świadomości, dla jej rodziców byłoby to niedopuszczalne. Nie chciała im przynieść wstydu większego niż dotychczas, przecież to przez nią się przeprowadzili. Do końca życia chcieli ją trzymać w zamknięciu, aby tylko nie musieli się wstydzić przed sąsiadami takim potworem, jakim była ich córka. Pewnie byłoby dla nich lepiej, gdyby tamtego dnia zginęła.
Niestety przeżyła.
Czasami zastanawiała się nad tym, czy tak nie byłoby lepiej. Życie, które miała nie było życiem. Nie miała nawet wolnej woli, nie mogła robić tego, co chciała. Była sama. Jasne, ucieczka, mogłaby uciec, ale była za dużym tchórzem, aby zdecydować się na tak odważny krok. Nie było nikogo, kto chciałby jej pomóc. Sama nie dałaby sobie rady. Nie miałaby się nawet gdzie podziać. Rodzice nie utrzymywali kontaktu z rodziną, więc nawet nie znała żadnego adresu, pod który mogłaby się udać. Do "przyjaciół" też nie mogła iść, bo przecież dawno się już od niej odwrócili.
– Chodź Chaps, idziemy – powiedziała i wstała, biorąc przyjaciela na ręce.
I wtedy znów coś zauważyła, ale nie na górze tylko obok siebie. Spojrzała na dom sąsiada. Światło na tarasie zgasło i mogłoby się wydawać, że mieszkańcy tego domu już od dawna spali. Czuła jednak, że nie jest sama, bo Chaps cicho zawarczał, patrząc w bok. Nie było to warknięcie sygnalizujące, aby brać nogi za pas, ale powiadamiające, że nie byli sami.
– Mieszkasz tu? – powiedział nieznany jej głos. Miał melodyjną, miękką barwę. Niski baryton, bardzo przyjemny dla ucha z delikatną chrypką. Bez wątpienia należał do mężczyzny. Nic nie widziała przez te ciemności, ale po chwili mogła odróżnić ciemną sylwetkę, która stała przy ogrodzeniu.
Przytuliła do siebie mocniej psa, jakby przestraszona bliskością nieznajomego sąsiada.
– Zgadza się. – Jej głos był cichy, ale nie na tyle, aby mężczyzna jej nie usłyszał.
– Nigdy wcześniej cię tutaj nie widziałem. Dlaczego? Dopiero się wprowadziłaś?
Nie wiedziała, co miała na to odpowiedzieć, dlatego przez długą chwilę milczała. Bo odpowiedź: "Rodzice mnie trzymają zamkniętą jak jakieś zwierzątko w klatce", raczej nie była najodpowiedniejsza.
– Nie, ja – zaczęła, ale nie miała pojęcia, co tak dokładnie miała mówić – mieszkam tu od początku. Musieliśmy się jakoś… mijać. – Wzruszyła ramionami i odwróciła głowę, tak, że włosy opadły na część jej twarzy.
– Przepraszam, ale ja... muszę już iść – powiedziała i weszła do domu, a następnie zgasiła na tarasie światło. Nie mogła się powstrzymać i wyjrzała w salonie przez okno. W domu obok znów paliły się światła. Zauważyła jak mężczyzna wchodzi do środka.
To nie powinno tak być. Nie mógł się dowiedzieć, że ona tu mieszkała. Nikt nie mógł. Miała nadzieję, że mężczyzna nie był w jakiś kontaktach z jej rodzicami. Nie chciała niepotrzebnych nieprzyjemności i tak jej życie było jednym, wielkim upokorzeniem i nic dobrego w nim nie było. Po co miałaby chcieć narażać się na dodatkowy i całkowicie zbędny gniew rodziców. Nie chciała.
Odwróciła się na pięcie i wraz ze swoim przyjacielem wrócili na górę, do jej małego azylu. Tam również, kierowana jakimś impulsem, znów wyjrzała przez okno, odsłaniając delikatnie roletę. Widziała jak światła w domu sąsiada powoli gasną. Okno, po oknie. Aż w końcu zapanowała w nim całkowita ciemność.
Tak jak w moim życiu – pomyślała. Było jasne, aż w końcu gasło. Światełko po światełku. Aż nie pozostało nic.
Dziwnie się czuła ze świadomością, że odezwała się do kogoś innego niż jej piesek lub rodzice, choć z nimi też nie miała dobrych kontaktów. Bała się też, że gdy dowiedzą się o jej krótkim spotkaniu z sąsiadem to nieźle jej się za to oberwie, mimo że to nie była jej wina. Skąd mogła wiedzieć, że on wyjdzie? W końcu był środek nocy! Owszem, widziała światło, które dochodziło z jego domu, ale do głowy jej nie przyszło, że on wyjdzie sprawdzić, kto to jak jakiś ochroniarz, czy stróż prawa!
Pozostawała jej jedynie nadzieja, tylko tyle. Bo rodziców się nie mogła zapytać czy znają sąsiada z naprzeciwka. Po pierwsze, od razu wzbudziłaby ich podejrzenia. Po drugie, nie rozmawiała z nimi od... tamtego czasu. Jedynie jakieś pojedyncze słowa raz na jakiś czas.
Położyła się do łóżka i głaskała swojego pupila, który leżał obok niej.
– Damy sobie radę, prawda Chaps? – szepnęła, na co odpowiedziało jej ciche skamlenie przyjaciela – Musimy.
Wiedziała, że zadaje mu to pytanie parę razy dziennie, ale nie umiała znaleźć na nie odpowiedzi. Czy sobie poradzi i przyzwyczai się do życia w zamknięciu? Uważała to zadanie za niewykonywane i nie myliła się. Ludzie bez wolnej woli duszą się w sobie i powoli umierają. Z nią nie było inaczej. Wiedziała, że prędzej czy później coś się stanie, nie wiedziała tylko co. Brała pod uwagę dwie opcje: albo zwariuje, albo się zbuntuje.
Stawiała na to pierwsze, bo nie sądziła, że kiedykolwiek znalazłaby w sobie odwagę do buntu. Co by potem ze sobą zrobiła? Wylądowałaby na ulicy, nadal sama. Gdyby, chociaż miała konkretny cel... Gdyby miała, o co walczyć. Albo o kogo.
– Dobranoc Chaps – szepnęła, przekręcając się na bok i przytulając do przyjaciela.
Nikt jej nie odpowiedział. Czasami pragnęła towarzystwa innej osoby koło siebie, ale wiedziała, że nie ma, na co liczyć. Pogłaskała psiaka za uchem i zamknęła oczy.
Obudziła się, tym razem rano. Wcześnie, tak jak zawsze. Jej rodzice albo jeszcze spali, albo byli w pracy. Nieważne, ważne było to, że jej nie zobaczą. Zeszła na dół i zrobiła sobie szybko śniadanie, która zjadła u siebie w pokoju. Nie zapomniała o swoim czteronożnym przyjacielu. Nasypała mu do jednej miski karmy, a do drugiej nalała wody. W jej pokoju jak zawsze panowały ciemności. Inaczej nie mogłaby usiedzieć nawet tam.
Usiadła na puchowej kanapie, wyciągając przed siebie nogi i zagłębiła się w lekturze "Tęsknię za Tobą". Była już w połowie i opowieść naprawdę ją wciągnęła. Z trudem się od niej odrywała. Ale tak już miała, gdy czytała dobrą książkę.
Po śniadaniu wyszła ze swoim psiakiem na spacer. Założyła na siebie trampki, legginsy i bluzę, a na głowę kaptur. Było już jasno i wolała nie ryzykować, więc szła ze spuszczoną głową, co jakiś czas zerkając tylko na Chapsa, czy idzie koło niej. Przez dłuższą chwilę po prostu stała, wodząc wzrokiem za swoim przyjacielem. Biegał, wesoło merdając ogonkiem i z wystawionym językiem.
Do jej uszu dotarł krzyk. Sama dokładnie nie zdawała sobie sprawy, co się dzieje. Przestała panować nad swoim własnym ciałem, kiedy zobaczyła, co wywołało ten krzyk. I kiedy zdała sobie sprawę, co się może stać za chwile. Działała automatycznie. Nie wiedziała, czym to było spowodowane, ale nie mogła na to pozwolić.
Na krótką chwilę zapomniała o wszystkim, o swoich problemach, o swoim psie, który przeraźliwie szczekał. Poczuła adrenalinę buzującą w jej ciele i ruszyła przed siebie ile sił w nogach. Biegła w stronę ulicy, gdzie upadła żółta piłeczka, po którą biegło dziecko. Nigdy nie działała tak szybko, już po chwili odepchnęła ciepłe, małe ciałko.
Wtedy poczuła, jak auto uderzyło w nią z impetem. Przeleciała przez maskę auta i czuła odłamki przedniej szyby przecinające jej skórę i wbijające się w ciało. Wylądowała na ziemi z policzkiem przyciśniętym do zimnego asfaltu. Obraz zaczął jej się zamazywać w jedną wielką plamę, a głosy, które wydawało jej się, że słyszała, były jednym, wielkim szumem. Nie mogła się poruszyć, czując przerażający ból całego ciała. Zamknęła oczy. Wiedziała, że to poświęcenie nie poszło na darmo. Zrobiła coś dobrego. Uratowała życie niewinnego dziecka, być może poświęcając tym samym swoje.
Ale czy nie właśnie tego chciała? Śmierci. 

Cześć Wam! Oto przedstawiamy gorący, świeżutki i przed chwilą dokończony rozdział. Wiemy, że trochę długo on powstawał, ale nic tu nie jest robione na czas, liczy się jakość, prawda? My sądzimy, że ten rozdział jest całkiem w porządku. 
Długo się zastanawiałyśmy nad końcówką rozdziału, chcąc aby to było coś ciekawego i mamy nadzieję, że nam się udało wzbudzić w Was więcej zainteresowania :)
Dziękujemy za komentarze pod poprzednim postem. Pod tym też oczywiście mile widziane :p 
Jakby ktoś nie widział jeszcze zwiastuna bloga to zapraszamy do odpowiedniej zakładki i miłego oglądania! Mamy nadzieję, do niedługiego zobaczenia!

Pozdrawiamy,
CM Pattzy i s.w.e.e.t.n.e.s.s

poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 1 "Azyl"

Siedziała w swoim pokoju, czekając na Melindę — swoją nauczycielkę. Melinda to starsza, miła pani, która darzyła nastolatkę wielką sympatią i bardzo jej współczuła. Nie mogła zrobić jednak nic, aby zmienić życie młodej dziewczyny. Znała poglądy jej rodziców i znała tych ludzi. Wiedziała, że lepiej z nimi nie zaczynać. Ich zasad nie zmienił nikt, dlaczego miałoby to udać się staruszce, która tylko uczy ich biedne dziecko.
Wiele razy próbowała dotrzeć do nastolatki, ale ona była zbyt zamknięta w sobie. Nie odpowiadała na żadne pytania, które nie były związane z nauką. A jeśli już postanowiła się odezwać, były to tylko lakoniczne odpowiedzi. W końcu Melinda zrezygnowała z jakichkolwiek prób, wiedząc, że i tak nigdy jej się to nie uda. Miała jednak nadzieję, że kiedyś dziewczyna się otworzy, nie ważne, przed kim.
Gdyby była młodsza, miała więcej energii w sobie i znajomości. Próbowałaby wyciągnąć ją z tego życia. Nie można było tego życiem nawet nazwać. Widziała cierpienie brunetki. Nie mogła uwierzyć w to, że ten głęboki smutek w tak młodej osobie spowodowali jej rodzice. Oni powinni ją wspierać, dbać o nią i zapewnić jej opiekę, gdy tego potrzebowała. Robili jednak wszystko na odwrót. Nie czuli wyrzutów sumienia, a przecież odbierali jej wszystko, co jest najważniejsze dla ludzi — wolną wolę.
Nie rozumiała ich postępowania. Nie wiedziała, dlaczego tak się zachowują, dlaczego nie pomagają swojej córce, która wyraźnie cierpi. Dla niej to było nie do przyjęcia. Miłość rodziców i ich troska w tym przypadku byłaby dla dziewczyny najlepsza. A tak, zostaje sama ze swoimi demonami, cierpiąc jeszcze bardziej.
– W Rzymie kodeks prawny głosił, że jeśli ktoś napadnie na rzymianina nocą, ten może go zabić. Jeśli ktoś zostanie napadnięty za dnia, nie może zranić złodzieja – zakończyła Melinda swoją wypowiedź. To było bez sensu. Bella całkowicie jej nie słuchała.
Złapała dziewczynę za rękę, ścisnęła ją lekko. Ta podniosła na nią wzrok, obserwując ją z widocznym pytaniem.
– Wiesz, o czym mówię? – zaśmiała się starsza pani, próbując rozładować atmosferę. Miała wrażenie, że gdzieś obok był podpalony dynamit, który z każdą chwilą był bliżej wybuchu.
– Tak, wiem, Melindo - westchnęła. – Nocą włamywacze byli uznawani za morderców, za dnia za zwykłych złodziei.
– Dokładnie. – Kiwnęła głową.
Zamknęła podręczniki i odłożyła je na bok. Wstała i uśmiechnęła się. Widziała, że Bella była bardzo zmęczona. Pożegnała się z nią grzecznie i wyszła.
Brunetka wstała powoli z łóżka i podeszła do okna. Jej życie już zawsze będzie pogrążone w mroku i bólu. Koszmary będą nawiedzały ją w noc, przywołując wspomnienia sprzed kilku lat. Jeden dzień, a dokładniej kilka minut, wywróciło jej życie do góry nogami. Już nigdy nie będzie tą samą dziewczyną, która trzy lata temu wyszła do przyjaciółki. Zamknęła oczy, a łzy spłynęły po jej policzkach. Zawsze będzie sama.
Czym sobie na to zasłużyłam? – pomyślała ze smutkiem. Czy była złym człowiekiem? Wiele razy próbowała sobie odpowiedzieć na to pytanie, ale wydawało jej się, że nie zrobiła nic aż tak złego. Nic, co skazywałoby ją na takie katusze. Były chwile, w których żałowała, że to wszystko przeżyła.
Często zastanawiała się nad tym, czy nie zakończyć tego całego cierpienia w bardzo łatwy sposób, ale nigdy nie potrafiła znaleźć w sobie tyle odwagi, aby to zrobić. Przynajmniej nie wtedy. Spojrzała w dół, czując ciągnięcie za nogawkę spodni. Kucnęła i podrapała Chapsa za uchem. To prawda, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Dla niego nie ma znaczenia jak wyglądasz, czy jesteś bogaty czy nie. W przeciwieństwie do niektórych ludzi. I jej własnych rodziców.
– Co tam, Chaps? – zapytała z uśmiechem, nadal go drapiąc.
Odpowiedziało jej wesołe szczeknięcie i machanie ogonkiem. Zaśmiała się, a do jej oczu naszły łzy. Czemu ona nie mogła być tak szczęśliwa, a jej życie bezproblemowe? Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Tęskniła za swoim dawnym życiem, za przyjaciółmi, którzy okazali się nieszczerzy. Zostawili ją. Odwiedzili ją raz, może dwa. Nie więcej.
­– Ty mnie nie zostawisz, nie, Chapsiu? – Starła świeże łzy z policzka. Płakała codziennie, przyzwyczaiła się do tego. Czasami już nawet tego nie kontrolowała.
Przytuliła swojego czworonogiego przyjaciela. Chaps był średniej wielkości, czarnej maści psem. I jej ostatnim przyjacielem. Ale przynajmniej on nie był fałszywy. Pogłaskała go z delikatnym uśmiechem. Pies zaszczekał i podszedł do drzwi. Wiedziała, co to oznacza. Westchnęła, kręcąc lekko głową.
– Jeszcze za wcześnie. Wyjdziemy wieczorem. – Nie mogła cieszyć się świeżym powietrzem, bo dziś zbyt mocno grzało słońce. A w jej świecie nie było miejsca na promienie słoneczne. Na światło. Tylko ciemność i mrok.
Mało kto wiedział, że państwo mieszkający w tym domu mają dziecko. Nigdy nie wychodziła, nie pokazywała się ludziom, nikt jej nie znał. Było tak, jakby nie istniała. Wychodziła tylko z psem. Bardzo wcześnie rano, gdy wszyscy spali lub bardzo późno wieczorem, gdy wszyscy kładli się spać, albo byli na tyle zajęci, aby nie zwracać uwagi na to, kto wychodzi i wchodzi do białego domu.
Od dawna nie czuła na swojej skórze ciepłych promieni słonecznych, które innym dają tyle szczęścia. Jej nie. Ranią ją i sprawiają, że ma ochotę uciec jak najdalej. Mimo tego, że kiedyś lato było jej ulubioną porą roku.
Wtedy dzień był jej przekleństwem. Ten dom także. O ile domem można to nazwać. To było jej więzienie. Tkwiła tam już trzy lata. Poza ścianami swojego pokoju, nigdzie indziej nie czuła się swobodnie. Unikała spotkania z rodzicami, bo nie chciała widzieć tych spojrzeń, pełnych... Czego? Odrazy? Obrzydzenia? Wstydu?
Nie pamiętała, kiedy rozmawiała z kimś innym niż Melinda lub Chaps. Czasami zdarzało jej się mówić samej do siebie. Dziwnie się czuła, gdy się na tym przyłapywała. Najczęściej jednak wzruszała ramionami. I tak jej nikt nie słyszał. Mogła sobie pozwolić na takie dziwactwa. A Chaps… To Chaps. On mógł słyszeć, raczej nikomu nie wyszczekał.
Coraz bardziej przyzwyczajała się do takiego życia. Z dala od ludzi. W samotności. Ale raczej nigdy nie będzie umiała się pogodzić z tym, że tak wyglądało jej całe życie. Ta myśl ją przerażała. Będzie sama, bo Chapsa też kiedyś zabraknie. Prawdopodobnie zwariuje.
Rodzice nie przejmowali się nią nawet wtedy, gdy tego najbardziej potrzebowała. Łaskawie pozwalali jej na mieszkanie w ich domu. Nie lubili na nią patrzeć. Zawsze się krzywili i jak najszybciej wymyślali jakąś wymówkę, aby nie być z nią razem. Nie zrezygnowali jednak z obiadów. Mogła jadać z nimi. Na końcu długiego stołu, tam gdzie prawie nie słyszała ich cichych rozmów, było miejsce dla niej.
Usłyszała jak Chaps skomle i drapie w drzwi. Wstała, podeszła do niego wolno i usiadła na podłodze, opierając się ramieniem o drzwi. Spojrzała na psa prosząco, a on zaskamlał.
– Jeszcze troszkę – powtórzyła.
Pies pochylił głowę i nałożył łapy na pysk. Zaśmiała się i pokręciła głową.
– Powiedziałam nie. – Pogroziła palcem, a ten wstał i poszedł do kąta. Tam gdzie był jego tapczan i zabawkowa kość, którą zawsze gryzie.
Westchnęła cicho i zapaliła światło, regulując je, aby świeciło jak najsłabiej, ale żeby wystarczająco oświetliło pokój. Usiadła na bujanym fotelu, biorąc do ręki książkę. Podkuliła nogi i otworzyła na odpowiedniej stronie. Już po kilku zdaniach na nowo pochłonęła ją historia Kat Donovan. To właśnie uwielbiała w książkach. Całkowicie skupiały na sobie jej uwagę i zapominała o Bożym świecie. O swoich problemach. O nienawiści rodziców. Była tylko ona i historia rozgrywająca się w książkach. Nic więcej.
Sama nie wiedziała, kiedy ten czas minął, ale „jeszcze troszkę” minęło bardzo szybko. Ani się obejrzała, a na dworze już było ciemno. Zegar ścienny, który wisiał naprzeciw jej łóżka, wskazywał godzinę dwudziestą drugą pięć. Sięgnęła po zakładkę, którą sama zrobiła z kolorowej muliny, i zamknęła książkę. Westchnęła i wstała. Chaps wyczuł, że nadeszła wyczekiwana pora na spacerek, więc od razu podniósł się z posłania i szczeknął wesoło, merdając przy tym ogonkiem.
– Już idziemy, Chapsiu, nie denerwuj się tak – zaśmiała się i sięgnęła po smycz, która wisiała na haczykach przymocowanych do szafy. Poklepała się po udzie, a pies od razu się przy niej znalazł. Kucnęła i zamocowała smycz do jego obróżki. Podrapała go za uchem.
Przekręciła zamek w drzwiach i je otworzyła. Wszędzie było przerażająco cicho i ciemno. Ale do tego była już, niestety, przyzwyczajona. Rodzice pewnie wyszli. Dość często tak było. Chodzili na różne imprezy charytatywne, spotkania z przyjaciółmi. I nikt z nich nie wiedział, że mieli córkę — potwora. Po co robić sobie wstyd, prawda?
Wyszła na zewnątrz drzwiami tarasowymi i odczepiła smycz od obroży, z Chaps rzucił się biegiem przed siebie. Zaśmiała się cicho, widząc jak skacze. Wyglądaj jak sarenka. Tylko, że mała i czarna, ale w panujących ciemnościach wszystko było czarne. Chapsa trudno było czasami zauważyć, ale doskonale go słyszała.
Sama powoli spacerowała. Wiedziała, że jeśli ktoś również wybrał się na dwór o tak później porze, nie zostanie zaatakowany przez jej psa. Chaps był spokojnym pupilkiem, który pilnował swojej pani i tylko wtedy, gdy coś jej zagrażało był w stanie wyrządzić krzywdę.
Znała drogę na pamięć. Zazwyczaj spacerowali w tej samej okolicy. Latem, bardzo wczesnymi rankami, oddalała się dalej. Biegała z Chapsem po lesie i zapominała o troskach, choć na chwilę, a potem wracała do miasta ze spuszczoną głową, by nikt jej nie zauważył.
Spacerowali długo. Nie wiedziała ile, bo nie miała przy sobie zegarka. Tylko, co to za różnica, czy byli na dworze godzinę czy cztery? Nikogo to nie obchodziło. Jednak po jakimś się ochłodziło, więc zawołała swojego pupila, jedynego przyjaciela, i wrócili do miejsca, które powinna nazywać domem. Ale nie potrafiła.
W sypialni, na górze, paliło się światło. Czyli wrócili – pomyślała. Zastanowiła się przez chwilę, czy bardzo by się przejęli gdyby ktoś ją podczas tego spaceru zabił. Zapewne by się nawet z tego faktu cieszyli.
Weszła do domu, zdjęła buty i skierowała się do kuchni. Zapaliła słabe światło i sięgnęła po suchą karmę dla Chapsa. Nasypała mu do miski, a do drugiej nalała świeżej, chłodnej wody.
– Smacznego. – Pogłaskała go za uchem.
Sobie zrobiła zwykłe płatki z mlekiem. Czekoladowe. Mleko podgrzała. Nie rozumiała, jak można jeść płatki z zimnym mlekiem, przecież to ohydne!
Oparła się o szafki biodrem i spojrzała w okno, które wychodziło na dom sąsiadów. Nie wiedziała nawet jak mężczyzna, który tam mieszkał miał imię. Tak samo jak dziewczynka, której śmiech słyszała każdego dnia. Nie wiedziała nic o żadnym ze swoich sąsiadów. Tak samo jak żaden z nich nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia.
Ona go widziała, kilka razy pozwoliła sobie nawet na małą obserwację. Z okien na piętrze miała dobry widok na jego ogród. Lubiła patrzeć, jak bawił się z swoją córką. Nigdy nie widziała z nimi żadnej kobiety. Może jest samotnym ojcem? – myślała.  Jeśli nawet, tej małej niczego nie brakowało. Miała wspaniałego ojca, który codziennie spędzał z nią czas na zabawie. Mój ojciec też się ze mną bawił – pomyślała ze smutkiem. Miała nadzieję, że mężczyzna z domu obok, nigdy nie odwróci się od swojej córki, bez względu na okoliczności. Nikomu tego nie życzyła.
Zjadła szybko kolację i skierowała się w stronę schodów. Minęła je, przeskakując po dwa stopnie, i znów znalazła się w swoim pokoju, małym prywatnym azylu, który mógłby też być nazywany więzieniem i to byłaby najtrafniejsza nazwa. Nic się nie zmieniło, bo nikt do tego pokoju nie wchodził. Jej rodziców nie było tu od trzech lat, czyli od dnia, w którym jej życie się zmieniło i już nigdy nie będzie takie jak kiedyś.
Zapaliła lampkę na biurku i położyła się na łóżku, a Chaps ułożył się obok niej, zwijając się w kulkę. Wyciągnęła rękę i zaczęła go głaskać. To ją uspokajało. Dotyk sierści przyjaciela. Sama nie rozumiała, dlaczego, ale tak właśnie było. Pies odwrócił powoli głowę i polizał jej dłoń, na co cichutko się zaśmiała.
– I co ja bym bez ciebie zrobiła, Chapsiu? - zapytała, chociaż wiedziała, że nie otrzyma odpowiedzi.
Od nikogo nie otrzyma odpowiedzi, bo nikt nie chciał zadawać się z potworem. Trudno było jej pogodzić się z samotnością i mimo prób, zawsze przegrywała. Od początku była na słabej pozycji i zdawała sobie sprawę z tego, że już nikt nigdy jej nie pokocha. 

Hej wam! Przybyłyśmy z rozdziałem 1. Wyszedł nam długi i mamy nadzieję, że tak nadal nam dobrze będzie szło. Wiadomo, liczymy na Wasze komentarze. Podoba Wam się początek naszego nowego bloga? 
Szczerze powiedziawszy, my jesteśmy zadowolone, tak samo jak z prologu. Mamy nadzieję, że Wam także się spodoba i zostaniecie z nami do samego końca Oznakowanej, co liczymy, że nie nastąpi tak szybko jak z NW. 
Nie wiemy, kiedy nowy, ale postaramy się, aby rozdziały pojawiały się, jak najczęściej. To możemy obiecać :) Więc co. Czekamy na Wasze opinie! 

Pozdrawiamy,
CM Pattzy i s.w.e.e.t.n.e.s.s

poniedziałek, 16 lutego 2015

Prolog "Błędne koło"

Wiesz, jak to jest być człowiekiem naznaczonym? Dźwigającym swoją przeszłość na plecach. Na każdym kroku rozważasz za i przeciw, nie chcesz znów popełnić tych samych błędów, które doprowadzą cię do demonów z przeszłości. Chwile, do których nie chcesz wracać zawsze są za tobą. Robisz krok w przód, zaczynasz biec, wydaje ci się, że to już minęło. Przystajesz. Dyszysz, jesteś zmęczony, a z czoła spływa ci pot z domieszką krwi. To znak wszystkich trudów. Odwracasz się, zamykając oczy. Jesteś pewien, że tego już tam nie ma. Podnosisz powieki i słyszysz krzyk. Krzyk, który przebija twoje ciało na wskroś. Tracisz zmysły. Biegłeś. Uciekałeś. Na nic. To nadal tam jest. Stoi krok za tobą, tak jak na samym początku ucieczki. Jesteś przegranym. Znowu. Nie ma odwrotu. Ponownie grasz w tą samą grę. Znów uciekasz. Na marne. To jak błędne koło. A ty będziesz w nim zawsze. Nie masz już sił, ale się nie poddajesz. Ciągle uciekasz przed nieznanym, jak najdalej od krzyków. Próbujesz wyprzeć z umysłu świadomość, że nigdy ci się to nie uda. Krzyki są coraz głośniejsze, ale nie widzisz ich źródła. Dopiero później zdajesz sobie sprawę ze źródła tego okropnego dźwięku. To ty. Ty go wydajesz.


„[...] Nigdy nie chcieliśmy się ciebie wstydzić. Nie udało nam się to. Okazaliśmy się ludźmi próżnymi i powierzchownymi. Zgotowaliśmy Ci piekło na ziemi. Potęgowaliśmy Twoje cierpienia. Nie umieliśmy spojrzeć w Twoją twarz. Czuliśmy wtedy odrazę. Wiedzieliśmy, że nasze postępowanie jest złe, że powinniśmy się zmienić. Być dla Ciebie wsparciem, jakiego od nas potrzebowałaś. Próbowaliśmy, ale nie mogliśmy. Zawiedliśmy Cię. Nie oczekujemy przebaczenia. Wiemy, że nasze postępowanie nie zasługuje na nie. Ale Ty zasługujesz na szczęście, którego my Ci nie zapewniliśmy. Mamy nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto Ci je da. […]”

Hej wam! Z nieukrywaną dumą możemy powitać Was na tym blogu. To jest już drugi blog, który piszemy razem. Mamy wielką nadzieję, że ten projekt uda nam się tak, jak sobie zamarzyłyśmy i będziemy z niego zadowolone. Do tego właśnie będziemy dążyć, taki jest nasz cel. Celem jest też uzyskanie większej liczby czytelników! NW zaniedbałyśmy, nie pozwolimy aby tu doszło do takiego zastoju. 

To chyba tyle. Prosimy o komentarze . Im więcej komentarzy, Tym większa motywacja!
Już wkrótce zapraszamy na Rozdział 1. 

Tymczasem, prosimy również o zapoznanie się z zakładkami, które zawsze są ważne.  Nie wiemy, czy każdy obejrzy zwiastun, a zwiastun mamy piękny - wkleimy go, więc też i tu!


Pozdrawiamy,
CM Pattzy i s.w.e.e.t.n.e.s.s